środa, 12 października 2011
Wybory 2011
Całą niedzielę, od nocy do nocy, spędziłem jako mąż zaufania w ramach akcji "Uczciwe wybory" przy jednej z sopockich komisji wyborczych. Od przygotowań przed otwarciem lokalu, poprzez głosowanie, moment ogłoszenia fatalnych wyników ogólnopolskich, po liczenie głosów i czynności końcowe. Miałem więc rzadką okazję ujrzeć wybory od środka z ich wyjątkowym splotem problemów politycznych i psychologicznych. Chociaż głosowanie jest tajne, w wielu przypadkach można się było zorientować jak ludzie głosują. Nie były to dobre sygnały. Czy jestem ze swej roli zadowolony? Niestety nie. Moim zadaniem było przeciwdziałanie ewentualnym błędom i fałszerstwom wyborczym. W obecnych warunkach jest to niewykonalne. System zadbał aby niezależni obserwatorzy nie psuli jego intryg. Przepisy Państwowej Komisji Wyborczej maksymalnie ograniczają prawa mężów zaufania, nie mają oni władzy umożliwiającej skuteczną kontrolę, nie mogą też liczyć głosów(!), tylko obserwują. Te przepisy, po prostu złe prawo, powinny być natychmiast zmienione gdy tylko powstanie właściwa władza. Obecnie przy złej woli osób kierujących komisją obwodową łatwo o konflikty i nadużycia. Nie mogę zatem stwierdzić że wszystko było w porządku. Z drugiej strony bez żadnej kontroli, nawet tak słabej, byłoby jeszcze gorzej. Mimo wszystko warto było głosować, w sytuacji w jakiej znalazł się nasz kraj nie ma innego wyboru.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz